piątek, 30 grudnia 2011

Świąteczno-noworoczny bonus dla aplikantów od ministra Gowina

Nie tak dawno na łamach tego bloga zastanawiałem się nad celowością ustanowienia Ministrem Sprawiedliwości dr. Jarosława Gowina, politologa. 

Niniejszym swoje wątpliwości cofam, z uwagi na to, że nowelizacją z 22.12.2011, wchodzącą w życie - co najważniejsze - już od 01.01.2012, zmieniony został znienawidzony przez wszystkich aplikantów radcowskich par. 1 Rozporządzenia MS z dnia 06.12.2005 r. w sprawie wysokości opłaty rocznej za aplikację radcowską, dotychczas brzmiący:
§ 1. Opłata roczna za aplikację radcowską jest równa trzyipółkrotności minimalnego wynagrodzenia za pracę, ustalonego na podstawie przepisów ustawy z dnia 10 października 2002 r. o minimalnym wynagrodzeniu za pracę (Dz. U. Nr 200, poz. 1679, z 2004 r. Nr 240, poz. 2407 oraz z 2005 r. Nr 157, poz. 1314), w wysokości obowiązującej w dniu rozpoczęcia roku szkoleniowego.
Zmiana może i niewielka, ale (podkreślone przeze mnie) słówko "trzyipółkrotność" zostało zastąpione przez wskaźnik 2,8. Co dla aplikantów, przy kwocie 1500 zł  minimalnego wynagrodzenia za pracę oznacza, iż tymże aplikantom zostanie w kieszeni w 2012 r. równy 1000 zł polskich. Opłata za rok aplikacji zmniejsza się w ten sposób bowiem z kwoty 5200 zł do 4200 zł. O ile wiem, współczynnik zostaje ujednolicony jednocześnie - tzn. aplikantom adwokackim również zostaje obniżony, tyle że z 3 do 2.8, ale zawsze to mniej. 

Panu ministrowi bardzo, w imieniu swoim i wszystkich zainteresowanych, dziękujemy i wszystkim odpowiedzialnym za proces legislacyjny w tym kraju życzymy więcej takich - sensownych - pomysłów w nadchodzącym 2012 roku. 

Wszystkiego dobrego!

środa, 21 grudnia 2011

Mieszkania z dopłatami z RnS nie wynajmiesz

Jedna z tegorocznych zmian Ustawy z 08.09.2006 r. o finansowym wsparciu rodzin i innych osób w nabywaniu własnego mieszkania, powszechnie kojarzonej słusznie z programem "Rodzina na swoim", okazuje się być potencjalnie sporym problemem w sytuacji, gdyby kredytobiorca korzystający z dopłat ze Skarbu Państwa chciał w okresie tych dopłat zmienić miejsce zamieszkania, np. w związku z pracą.

Dlaczego problem? Bo mieszkania nabytego na kredyt z dopłatami, po nowelizacji, nie można wynajmować. Nowy art. 9 w/w ustawy brzmi bowiem:
Art. 9. 1. Dopłaty stosuje się przez okres 8 lat od dnia pierwszej spłaty odsetek, o których mowa w art. 7 ust. 1.
2. Dopłata jest przekazywana instytucji ustawowo upoważnionej do udzielania kredytów każdorazowo po spłaceniu przez kredytobiorcę całości należnej raty kapitałowej oraz odsetek, o których mowa w art. 7 ust. 1.
3. Zaprzestaje się stosowania dopłat w przypadku:
1) postawienia wierzytelności wynikającej z umowy kredytu preferencyjnego w stan natychmiastowej wymagalności;
2) uzyskania przez docelowego kredytobiorcę w okresie stosowania dopłat prawa własności lub współwłasności innego lokalu mieszkalnego lub budynku mieszkalnego lub spółdzielczego własnościowego prawa do lokalu w całości lub w części, którego przedmiotem jest inny lokal mieszkalny lub dom jednorodzinny, z wyłączeniem nabycia tych praw w drodze spadku;
3) dokonania przez docelowego kredytobiorcę w okresie stosowania dopłat zmiany sposobu użytkowania lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego, na którego zakup lub budowę został udzielony kredyt preferencyjny, na cele inne niż zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych.  
Przepis znajduje też zastosowanie, niestety, wobec kredytobiorców, którzy uzyskali kredyt na preferencyjnych warunkach także przed wejściem w życie nowelizacji (31.08.2011). Jeden z większych banków - Bank Millenium - rozesłał już do osób, które uzyskały w nim kredyty, oświadczenia, żądając potwierdzenia przez kredytobiorcę na piśmie, iż lokal, na którego zakup kredyt został udzielony, nie jest wynajmowany. 

Pytanie - co ten przepis zmieni? Nic. Państwu nic nie pomoże, a jedynie zaszkodzić może, ponieważ ludzie swoich planów najpewniej i tak nie zmienią, jeśli będą mieli zaoferowaną pracę na innych, korzystniejszych warunkach. Wyjadą i tak, mieszkania wynajmą i tak. Różnica? Bez cytowanego wyżej przepisu pewnie sformalizowali by wynajem w postaci umowy, która została by opodatkowana. Teraz - wynajmą, tyle że na czarno.  

czwartek, 1 grudnia 2011

E-postępowanie - jednak nie do końca "e" przed komornikiem

Statystyka podaje, iż w pierwszym półroczu 2011 r. do komorników wpłynęło przeszło 350 000 nakazów zapłaty wydanych w elektronicznym postępowaniu upominawczym. Na oko, to 16% wszystkich wniosków egzekucyjnych jakie do nich wpłynęły w tym czasie. Lubliński e-sąd umożliwia także zgłoszenie egzekucji tytułu wykonawczego przezeń wydanego - o ile dany komornik posiada dostęp do systemu e-sądu (większość posiada). 

Okazuje się jednak, że elektroniczna wymiana danych nie wystarczy, gdy wierzyciela reprezentuje pełnomocnik. Potwierdził to Sąd Najwyższy w orzeczeniu z 30.11.2011 wydanym w sprawie CZP 66/11. W elektronicznym postępowaniu wierzyciela - bank - reprezentował pełnomocnik. Wniosek elektroniczny o wszczęcie egzekucji komornik zwrócił wierzycielowi, powołując się na art. 126 par. 3 ze zn. 1 KPC:
§ 3. Do pisma należy dołączyć pełnomocnictwo, jeżeli pismo wnosi pełnomocnik, który przedtem nie złożył pełnomocnictwa.
§ 3 1. Przepisu § 3 nie stosuje się do pism wnoszonych w elektronicznym postępowaniu upominawczym.
Komornik uznał, iż przepis odnosi się do elektronicznego postępowania upominawczego, jednak nie obejmuje swoim zakresem już egzekucji prowadzonej na podstawie tytułu egzekucyjnego w takim elektronicznym postępowaniu upominawczym uzyskanym. Zatem pełnomocnik wierzyciela winien był przy pierwszej czynności - złożeniu wniosku egzekucyjnego - wykazać swoje umocowanie pełnomocnictwem (art. 89 KPC - "pełnomocnictwo z podpisem mocodawcy lub wierzytelny odpis pełnomocnictwa"). Wierzyciel zaskarżył postanowienie komornika, Sąd Okręgowy w Szczecinie, mając wątpliwości, zwrócił się o rozstrzygnięcie do Sądu Najwyższego.

Istnieją bowiem 2 poglądy co do sygnalizowanego problemu:

  1. postępowanie egzekucyjne jest kontynuacją postępowania przed e-sądem, więc powinno mieć taki sam sposób wszczynania: wystarczy jeśli pełnomocnik wskaże komornikowi w e-zawiadomieniu podstawę umocowania (art. 68 KPC); zatem brak pisemnego pełnomocnictwa i odpisu z KRS nie stanowi w tej sytuacji braku formalnego wniosku egzekucyjnego; pogląd ten ma uzasadnienie w rozumieniu istoty i celu e-postępowania sprowadzającego się do szybkiego rozpoznawania powództw i wniosków (podczas gdy przesłanie odpisu pełnomocnictwa, odpisu z KRS to koszt przesyłki, opłaty od pełnomocnictwa, nie mówiąc o podstawowym kryterium - informacja ta dociera do komornika po na pewno 3 tygodniach, o ile nie nawet miesiącu
  2. zasady postępowania elektronicznego nie mogą podlegać wykładni rozszerzającej i należy stosować zasady ogólne - zatem konieczne jest wykazanie pełnomocnictwa jego pisemnym egzemplarzem lub uwierzytelnionym odpisem.
Sąd Najwyższy przychylił się do drugiego stanowiska:
Pełnomocnik wierzyciela składający do komornika za pośrednictwem systemu teleinformatycznego obsługującego elektroniczne postępowanie upominawcze wniosek o wszczęcie egzekucji ma obowiązek wykazać swoje umocowanie pisemnym pełnomocnictwem.
Jest jednak prawdopodobne, że przygotowywana na przyszły rok nowelizacja KPC przewidzi zwolnienie z obowiązku przedstawienia papierowego pełnomocnictwa wszystkich postępowań wszczętych elektronicznie - nie tylko przed sądem, ale także przed komornikiem.

wtorek, 29 listopada 2011

Nowe recepty, inne sposoby rozliczania leków - lepsze wrogiem dobrego?

Od połowy 2012 roku, czyli nieco ponad pół roku, zmienić mają się zasady refundacji leków i realizacji recept. NFZ uznał, iż konieczne jest pojawienie się na nich większej ilości danych, dla lepszej kontroli przez fundusz nad wydatkami ponoszonymi na leki. Jak się okazuje - poza tym, że ma to ułatwić życie NFZ, utrudni to najprawdopodobniej życie pacjentom.

Na etapie konsultacji społecznych znajduje się projekt rozporządzenia Ministra Zdrowia w sprawie recept lekarskich. Szkoda, że nikt nie przewidział, że już dzisiaj ręczne wypisywanie recept (zdecydowana większość - tylko prywatne centra medyczne np. LuxMed drukują recepty w całości) praktycznie utrudnia prawidłowe ich wystawienie w ramach czasu przewidzianego dla jednego pacjenta - zatem większa ilość informacji po prostu to uniemożliwi. Dojść może zatem do absurdu, gdy lekarz będzie na szybkiego badał pacjenta, aby tylko zdążyć z wypisaniem stosu jego danych do recepty, bez której pacjent nie uzyska potrzebnych leków. 

Na nowych receptach mają znaleźć się dane takie jak:
  • nazwa leku
  • wskazanie wysokości odpłatności w % - 30, 50 lub 100
  • dodatkowe oznaczenie leków - B dla bezpłatnych, R dla wydawanych za opłatą ryczałtową
  • identyfikacja uprawnienia pacjenta do refundacji - 16 kodów zamiast dotychczasowych 5 (inny np. dla kobiety w ciąży małoletniej, inny dla pełnoletniej)
  • kod pocztowy miejsca zamieszkania pacjenta.
Przykład z życia wzięty - nie raz zdarza się, że już dzisiaj lekarze mylą się w nazwach leków, bo producent tę nazwę zmienił. Oznacz to, że pacjent zostaje odesłany z kwitkiem przez farmaceutę w aptece - błędna recepta. Czy też brak naklejki z kodem, albo pieczątki zakładu opieki zdrowotnej, w którym pacjenta przyjął wystawiający receptę lekarz. Wyobraźmy sobie teraz - co stanie się najpewniej niebawem prawem - że lekarz dodatkowo jeszcze będzie musiał śledzić na bieżąco listy refundowanych leków. Dotychczas nie stanowiło to specjalnej trudności - następowało to co 2 miesiące w drodze rozporządzenia; teraz będzie "lepiej" - w drodze zaledwie obwieszczenia. Lek dzisiaj refundowany w całości za 2 miesiące może być w pełni odpłatny. 

Refundacja ma być oznaczona 5 różnymi kodami. Farmaceuci mówią wprost - dzisiaj, gdy lekarze mylą nawet 2 kody, już jest wiele błędnych recept. A dodatkowo, farmaceuta nie będzie miał wg nowych przepisów prawa do skorygowania błędnie wystawionej recepty - np. błędu w kodzie refundacji. Jedyne, co będzie mógł zrobić - to odesłać wściekłego pacjenta z powrotem do lekarza. Jakikolwiek błąd w recepcie będzie oznaczał jej nieważność i zakwestionowanie przez NFZ. 

Naczelna Rada Lekarska zaapelowała do Ministerstwa Zdrowia o zawieszenie prac nad projektem rozporządzenia dotyczącego nowych wzorów recept, do chwili ustalenia wzoru umowy upoważniającej lekarzy i lekarzy dentystów do wystawiania recept na leki refundowane oraz opracowania projektu rozporządzenia umożliwiającego prowadzenie ograniczonej dokumentacji medycznej w celu wystawiania recept pro familia (dla rodziny) i pro auctore (dla osoby). Oburzenie lekarzy ilością obowiązków typowo urzędniczych, niezwiązanych z leczeniem pacjenta jako takim, nie może dziwić - już od początku 2012 r. mają zacząć obowiązywać kary finansowe dla lekarzy za wypisanie recepty nieuzasadnionej względami medycznymi albo niezgodnej z uprawnieniami pacjenta, lub niezgodnej z listą leków refundowanych, pod sankcjami kar umownych i obowiązkiem zwrotu kwoty refundacji przez samego lekarza. 

Ewentualne rozstrzygnięcia sądów raczej nie są tutaj trudne do przewidzenia - szczególnie w świetle dwóch świeżych wyroków Sądu Najwyższego, obydwu z 24.11.2011, w sprawach III CSK 69/11 I CSK 137/11. Obydwie sprawy dotyczyły powództw ze strony spółek prowadzących apteki przeciwko NFZ. Refundacje zostały dokonane, jednak NFZ wszczął kontrolę i dopatrzył się nieprawidłowości, w rezultacie potrącając zakwestionowane refundacje z refundacji należnych aptekom za leki wydane w następnych okresach. Apteki skierowały sprawy do sądu, przegrywając w obydwu instancjach. SN potwierdził, że aptekom nie należy się refundacja za leki wydane na podstawie recept mających braki formalne. 

piątek, 25 listopada 2011

Elektroniczne protokoły - usprawnienie dla stron czy przedłużenie postępowania?

Problem jest spory, wydaje się jednak, że marginalizowany. 

Duża nowelizacja KPC, wprowadzająca elektroniczne dźwiękowe protokołowanie przebiegu rozpraw (art. 157 i nn KPC) miała wiele usprawnić, i nie da się ukryć - w zakresie postępowania w sądach I instancji na pewno tak będzie, przede wszystkim w zakresie szybkości przeprowadzania rozpraw, gdzie nie będzie teoretycznie już sytuacji, gdy nie wystarczająco szybki protokolant nie nadążał za stroną/świadkiem/biegłym, czy nawet za sędzią, mylił się w zapisywaniu treści (z czego dalej wynikał dodatkowy obowiązek prostowania protokołów). Nie będzie jednak wątpliwości - padły słowa takie i takie, a nie inne, bo ktoś się pomylił przy zapisie. 

Należy jednak zauważyć, że postępowanie nie zamyka się na samej tylko rozprawie. Tutaj problem może dotknąć przede wszystkim sędziów II instancji, ale nie tylko - także same strony. Jeśli tylko okaże się, że postępowanie było długotrwałe, rozpraw wiele, a co za tym idzie - wiele godzin protokołów do przesłuchania. Problem dotknie jednak w wypadku takich spraw każdego sędziego - który, przy coraz większym obciążeniu swojego referatu pod względem ilości spraw, z powodu tej właśnie ilości przed zamknięciem rozprawy i wydaniem wyroku stanie przed nie lada zadaniem: przesłuchania ponownie całości nagrań z rozpraw. A oznacza to przecież poświęcenie tej czynności po prostu tyle samo czasu, ile trwa nagranie z rozprawy. Obawiam się, że bardzo często sędzia przesłucha protokoły raz żeby się tylko zapoznać, a żeby wyłapać kluczowe wypowiedzi - kolejny, itp. W zestawieniu z faktem, iż większość jednak z nas jest wzrokowcami i o wiele łatwiej jest wychwycić daną wypowiedź z protokołu papierowego - wydruku treści zeznań, będących skondensowanym przekazem osoby wypowiadającej się przed sądem, podyktowanym przez przewodniczącego - można powiedzieć, że zmiany tylko tę pracę sędziów utrudnią poprzez jej wydłużenie. Terminów ustawowych się nie przeskoczy - jednak z pewnością w efekcie wzrośnie ilość spraw, w których wydanie wyroku będzie odraczane po prostu po to, aby sędzia miał fizyczną możliwość zapoznania się z treścią protokołów rozpraw.  

Art. 158 par. 3 KPC przewiduje możliwość wykonania transkrypcji części protokołu, "jeżeli jest to niezbędne dla zapewnienia prawidłowego orzekania w sprawie" (?), nie wiedzieć czemu umocowując do wydania w tym zakresie odpowiedniego zarządzenia dopiero... prezesa sądu. Wobec powyżej wskazanych wątpliwości - wydaje się, że jeśli miał by się tym zajmować faktycznie prezes sądu, zajęło by to dużo czasu, ponieważ wobec w ten sposób sformułowanego kryterium dopuszczenia transkrypcji, zwracał by się o jej wykonanie pewnie sędzia w co drugiej sprawie. Mimo, że z ustawy wynika, że założeniem było zapisanie tej możliwości jako wyjątku. Jeśli w każdej tego typu sprawie miałby decydować prezes sądu - oczywistym jest, że tylko wydłużyło by to całe postępowanie. 

Pytanie dodatkowe - kto miałby tę transkrypcję wykonać? Protokolant? Kiedy? Pojawia się konieczność zatrudnienia w sądach kolejnych osób, w wypadku dużej skali zapotrzebowania na transkrypcje. I następne - kwestia udostępniania zapisów dźwiękowych, czyli ustawowa "konieczność zapewnienia możliwości zapoznania się z zapisem dźwięku albo obrazu i dźwięku oraz uzyskania z akt sprawy zapisu dźwięku" (art. 158 par. 5 pkt 4 KPC), dwojaka. Bo w tym momencie w każdym komputerze w sekretariacie winna znaleźć się nagrywarka płyt CD celem umożliwienia kopiowania nagrań. A poza tym - w samych sekretariatach czy miejscach przeznaczonych do zapoznawania się przez strony z aktami powinien znaleźć się odpowiedni sprzęt - odtwarzacze - umożliwiające przesłuchanie nagrań z rozpraw. Co wszystko razem oznacza: nowe wydatki. 

Wracając do problemów sądów II instancji - faktem jest, że zazwyczaj rozprawy tych sądów są dość krótkie i w zasadzie tylko w szczególnych sytuacjach (zgodnie z art. 381 KPC). Z następnego artykułu tegoż kodeksu wynika jednak wprost, co jest oczywiste, że sąd II instancji i tak orzeka na podstawie całego materiału dowodowego zgromadzonego w sprawie. Czyli także wszystkich dźwiękowych protokołów. Poza dotychczasowym obowiązkiem przeczytania akt, sądowi dochodzi wówczas odpowiednia ilość godzin czasu potrzebnych na przesłuchanie takich protokołów. I nie da się tej czynności przyspieszyć. 

Reasumując - plusy:
  1. usprawnienie i przyspieszenie rozprawy - korzyść dla stron i uczestników postępowania
  2. zmniejszenie objętości akt sądowych o ilość stron, jakie zajął by protokół (przy założeniu, że nie sporządzi się jego transkrypcji, którą i tak trzeba wówczas wszyć do akt)
Minusy:
  1. znaczne wydłużenie czasu pracy sędziego, który - bez względu na instancję - musi zapoznać się z całością treści protokołów (czyli co najmniej raz przesłuchać wszystkie protokoły; obawiam się, że bardzo często raz żeby się tylko zapoznać, a żeby wyłapać kluczowe wypowiedzi - kolejny, itp.)
  2. konieczność angażowania do podjęcia decyzji w zakresie zarządzenia transkrypcji protokołu do formy pisanej prezesa sądu
  3. zapewnienie pracowników, którzy wykonają transkrypcję protokołu
  4. zapewnienie w sądach odpowiedniego sprzętu - komputerów z nagrywarkami i odtwarzaczy nagrań protokołów dla stron do odsłuchiwania w sądzie
  5. zapewnienie podpisów elektronicznych dla wszystkich protokolantów (z jednoczesnym wyłączeniem możliwości wysłania do protokołowania choćby 1 rozprawy osoby nie posiadającej takiego podpisu)
  6. koszty związane z 3, 4 i 5.
Wskazać należy zatem, że dostosowywanie przepisów procedury do standardów zinformatyzowanego wymiaru sprawiedliwości jest zasadne i celowe. Jednocześnie, przyjęte w KPC rozwiązania zakładają jednostronną korzyść jedynie stron i to tylko w zakresie tempa przebiegu rozpraw (myślę, że z wydawaniem cyfrowych "odpisów" protokołów, czyli wypalaniem płytek CD z plikami protokołów, będzie jeszcze większy problem niż z wydawaniem ich w formie papierowej, szczególnie w kontekście braku [lub problemów] umiejętności obsługi komputera przez dużą część pracowników sądowych, starszej daty). 

Postulat zmian jest słuszny, jednak nie tylko dla komfortu stron podczas rozpraw - skoro jednocześnie proces wydawania orzeczeń może się na skutek tych zmian jedynie wydłużyć z uwagi na większą ilość czasu, jaki sędzia będzie musiał poświęcić na zapoznanie się z elektronicznym (dźwiękowym) protokołem. 

środa, 23 listopada 2011

Dane osobowe przedsiębiorcy - jawne czy nie?

Temat znalazł się sam, przypadkowo, na kanwie rozważań bynajmniej nie tylko teoretycznych w pracy. 

Oczywiście, zdarzają się przypadki, gdy różnej maści przedsiębiorcy skarżą się do wszystkich świętych, wszelkich możliwych urzędów - np. GIODO - na to, że ktoś "śmiał" wykorzystać dane ich działalności w ramach jakieś bazy danych czy wyszukiwarki. O ile jednak dziwić może podstawa prawna (jeden z niewielu chyba pozostałych w mocy generalnie uchylonej przed laty już ustawy Prawo działalności gospodarczej z 19.11.1999 - art. 7a ust. 2) - tak, takie upublicznianie danych osobowych przedsiębiorcy to działanie zgodne z prawem. Mówi on, nie inaczej, że ewidencja działalności gospodarczej jest jawna i dane osobowe w niej zawarte nie podlegają przepisom Ustawy o ochronie danych osobowych. 

W dużym skrócie oznacza to, że publikowanie danych związanych z działalnością gospodarczą jest dopuszczalne, także bez zgody samego przedsiębiorcy (gdy wskaże się wprost, że dane pochodzą z publicznie dostępnego rejestru), także gdy są osobami fizycznymi prowadzącymi działalność gospodarczą. Zbiór danych tego typu nie musi zatem być zgłaszany do GIODO. 

Nie ma w tym nic dziwnego - nie chodzi bowiem o administracyjną kontrolę nad relacjami gospodarczymi, a jasność co do statusu i kondycji danego przedsiębiorcy. Czyli podstawowych informacji, jakimi w zakresie handlu kierują się podmioty, dobierając kontrahentów. Analogicznie wygląda tutaj dostęp do Krajowego Rejestru Sądowego - jawnego. Różne uregulowanie tcyh dwóch kwestii prowadziło by bowiem do sytuacji, gdy możliwość weryfikacji sytuacji kontrahentów-jednoosobowych działalności gospodarczych była by o wiele mniejsza niż w sytuacji podmiotów działających na podstawie KSH. 

Ostatnio jednak nastąpiły zmiany, tylko pozornie kosmetyczne. Z początkiem lipca wspomniany przepis Prawa działalności gospodarczej został uchylony, zaś (po 7-letnim! vacatio legis) wszedł w życie rozdział 3 Ustawy o swobodzie działalności gospodarczej, czyli art. 23-45, regulujący Centralną Ewidencję i Informację Działalności Gospodarczej, czyli właśnie ewidencję przedsiębiorców prowadzących jednoosobową działalność. Zgodnie z przepisami art. 37 tejże ustawy, dane z CEIDG będą udostępniane i jawne, poza numerem PESEL przedsiębiorcy, jego daty urodzenia oraz adresu zamieszkania (chyba że przedsiębiorca zdecydował się wskazać swój adres zamieszkania jako miejsce wykonywania działalności gospodarczej). 

Ciekawe jest to, że w nowym miejscu (Ustawa o swobodzie działalności gospodarczej) nie ma już zapisu wyłączającego stosowanie Ustawy o ochronie danych osobowych wobec ewidencji działalności gospodarczej. Co oznacza, że wobec uchylenia art. 7a Prawa działalności gospodarczej, mogą pojawić się słuszne zastrzeżenia wobec publicznych baz danych przedsiębiorców, wszelkiej maści katalogów firm - o ile przedsiębiorca sam nie zgłosił do nich tych danych przedsiębiorstwa. W myśl nowych przepisów udostępnienie danych jest zakazane - mimo, że same dane z ewidencji nie podlegają ochronie przysługującej na podstawie przepisów o ochronie danych osobowych. 

W praktyce, największa trudność dotyczy nieuczciwych kontrahentów. Pod dotychczasowym stanem prawnym uzyskanie z właściwego urzędu gminy danych przedsiębiorcy nie stanowiło problemu (stosując art. 43 (4) KC), można było szukać go po numerze PESEL; tak samo złożenie przeciwko niemu powództwa do sądu przy podaniu jego adresu zamieszkania,  i dalej idąc - egzekucji w tym lokalu miejsca zamieszkania. Dzisiaj nie jest to możliwe - nieuczciwego przedsiębiorcy można szukać pod adresem wskazanym jako siedziba przedsiębiorcy; skoro nieuczciwy, to i w zakresie adresu mógł kłamać. 

Problemem jest to, że samo pomachanie przez potencjalnego kontrahenta dokumentami z NIPem, REGONEM czy właśnie wpisem do dawnej EDG może okazać się zbyt mało, aby ocenić jego rzetelność i wiarygodność. Nie raz i nie dwa razy zdarza się, że przedsiębiorca trafia na kontrahenta - papiery w porządku, są zaświadczenia z urzędów - współpraca nawiązana, zapłata, faktura, po czym okazuje się, że kontrahent to przedsiębiorca dawno wyrejestrowany, którego dane ktoś zdobył, i na którego konto działał. I takiej faktury rozliczyć już nie można. A nazywa się to firmanctwo i jest karalne w myśl KKS - w najlepszym wypadku grzywną, w najgorszym - karą pozbawienia wolności. 

poniedziałek, 21 listopada 2011

Nowy Minister Sprawiedliwości

Osobiście nie mam nic do pana Jarosława Gowina. Filozof, z doktoratem, wypowiadający się na tle wielu osób bardzo sensownie. 

Czy jednak w tym kraju, w tzw. rządzie ekspertów, Ministrem Sprawiedliwości nie mógł zostać ktoś... bardziej nadający się na to stanowisko, przede wszystkim - prawnik? 

A może po prostu nikt kompetentny nie chce firmować prac tego rządu?